26.01.2026 / 09:58
StoryEditor

Wielka sieć w kawałkach. Jak franczyza pozwala zniknąć z radarów fiskusa

Przy podatku od sprzedaży detalicznej powinniśmy patrzeć nie na pojedynczy sklep, tylko na całą sieć franczyzową jako całośćShutterstock

Wchodzimy do sklepu. Nad drzwiami znajome logo, w środku ten sam układ półek, te same promocje, ta sama karta lojalnościowa, a często nawet ta sama aplikacja w telefonie. Dla klienta to po prostu kolejny sklep znanej sieci. Dla fiskusa - zupełnie co innego. Bo formalnie to nie jest część wielkiej sieci handlowej, tylko „mały, niezależny przedsiębiorca”, który prowadzi działalność na własny rachunek.

Z artykułu dowiesz się:

  • Podatek, który miał uderzyć w gigantów
  • Franczyza, czyli niezależność, która bywa bardzo umowna
  • Magia, która nie jest magią, tylko konstrukcją prawną
  • Podatki vs franczyza
  • Podatek handlowy: jak to zrobić, żeby było sprawiedliwie?
  • Podatek handlowy: O co tak naprawdę toczy się gra?
I tu zaczyna się problem, który w skrócie można opisać tak: jedna sieć w praktyce, setki firm na papierze - i dzięki temu podatek cudownie znika.

Podatek, który miał uderzyć w gigantów   

Kilka lat temu w Polsce wprowadzono podatek od sprzedaży detalicznej. Jego idea była dość prosta i - w teorii - sprawiedliwa: im większy obrót, tym większy podatek. A więc małe sklepy osiedlowe nie płacą, średnie płacą niewiele, a wielkie sieci handlowe — najwięcej. Cel był jasny: to duże sieci, które mają ogromne obroty, silną pozycję rynkową i potężne zaplecze kapitałowe, powinny w większym stopniu dokładać się do wspólnej kasy. Tyle że prawo podatkowe opiera się na tym, kto jest podatnikiem. A podatnikiem jest nie „sieć jako całość”, tylko konkretny podmiot gospodarczy - firma wpisana do rejestru, z własnym NIP-em i własnym obrotem. I w tym miejscu wkracza cała na biało… franczyza.

Franczyza, czyli niezależność, która bywa bardzo umowna

W teorii franczyza to piękny model biznesowy: ktoś prowadzi własną firmę, ale korzysta z rozpoznawalnej marki, sprawdzonych procedur i wsparcia większego partnera. W praktyce, zwłaszcza w dużych sieciach handlowych, ta „niezależność” często jest mocno ograniczona. Franczyzobiorca: musi sprzedawać dokładnie ten asortyment, który narzuca centrala, często nie może samodzielnie ustalać cen, ma obowiązek korzystać z centralnych systemów informatycznych, działa według szczegółowych instrukcji dotyczących wszystkiego - od ułożenia towaru po godziny otwarcia. Z punktu widzenia klienta: to jeden wielki organizm. Z punktu widzenia prawa podatkowego: to kilkaset, a czasem kilka tysięcy osobnych firm. I każda z nich ma obrót „za mały”, żeby zapłacić podatek od sprzedaży detalicznej.

Magia, która nie jest magią, tylko konstrukcją prawną

Wyobraźmy sobie dwie sieci. Pierwsza ma 500 sklepów, wszystkie należą do jednej spółki. Obrót liczony jest łącznie - przekracza progi podatkowe, więc sieć płaci solidny podatek. Druga ma też 500 sklepów, ale każdy należy do innej osoby, która podpisała umowę franczyzową z centralą. Każdy sklep ma niewielki obrót, więc… podatku nie płaci nikt. Efekt rynkowy? Te same ceny, ta sama marka, ta sama skala działalności. Efekt podatkowy? Jedna sieć płaci, druga nie. Trudno tu mówić o równej konkurencji.

To trochę tak, jakbyśmy patrzyli na wielką orkiestrę i twierdzili, że to nie koncert, tylko 80 osobnych muzyków, którzy zupełnie przypadkiem grają ten sam utwór, w tym samym tempie i według tej samej partytury.

Prawo konkurencji od dawna już wie, że takie podejście bywa oderwane od rzeczywistości. Tam funkcjonuje pojęcie „jednostki gospodarczej”, czyli sytuacji, gdy kilka podmiotów formalnie jest osobnych, ale w praktyce działa jak jeden organizm pod wspólną kontrolą. W prawie podatkowym wciąż jednak dominuje myślenie: każdy NIP to osobny świat.

I właśnie dlatego pojawia się argument, że przy podatku od sprzedaży detalicznej powinniśmy patrzeć nie na pojedynczy sklep, tylko na całą sieć franczyzową jako całość - przynajmniej wtedy, gdy jest ona silnie zintegrowana i faktycznie sterowana z jednego centrum.

Podatki vs franczyza

Często w takich dyskusjach pojawia się zarzut: „Państwo chce karać franczyzę, bo jest skuteczna i popularna”. Tyle że tu nie chodzi o karanie jakiegokolwiek modelu biznesowego. Chodzi o to, żeby podatek działał zgodnie ze swoim celem. Jeżeli celem jest opodatkowanie dużych sieci detalicznych, to trudno uznać za logiczne, że wystarczy zmienić strukturę prawną, żeby z tej kategorii „wypaść”, mimo że na rynku nic się nie zmienia. To nie jest problem franczyzy jako takiej. To problem sytuacji, w której forma prawna staje się sposobem na legalne omijanie progresji podatkowej.

I teraz najważniejszy, często pomijany wątek: kto tak naprawdę ponosi ciężar ekonomiczny całego systemu? Franczyzobiorcy to zwykle mali lub średni przedsiębiorcy, którzy: inwestują własne pieniądze, ponoszą ryzyko lokalnego rynku, często pracują w swoich sklepach po kilkanaście godzin dziennie. Jeżeli sieć korzysta na tym, że formalnie jest „rozbita” na setki firm, to pytanie brzmi: czy rzeczywiście to oni powinni być tarczą podatkową dla całej struktury?

Bo jeśli podatek liczony od obrotu całej sieci miałby być w praktyce przerzucany na nich w postaci wyższych opłat, droższych dostaw czy nowych „obowiązkowych usług”, to zamiast naprawiać system, tylko pogłębimy nierówność między centralą a pojedynczym sklepem. Dlatego sensowna reforma musiałaby iść w parze z realną ochroną kontraktową franczyzobiorców, a nie tylko z nowym obowiązkiem podatkowym.

Podatek handlowy: jak to zrobić, żeby było sprawiedliwie?

Oczywiście, to nie jest temat prosty legislacyjnie. Trzeba by odpowiedzieć na bardzo konkretne pytania: kiedy sieć jest „wystarczająco zintegrowana”, by liczyć ją jako całość? Czy decyduje wspólna polityka cenowa? Obowiązkowe dostawy? Centralne systemy sprzedaży?

Prawo podatkowe nie znosi niejasności, bo podatki muszą być przewidywalne. Nie da się zbudować systemu na hasłach typu: „jak wygląda na dużą sieć, to jest duża sieć”. Ale to, że coś jest trudne do zaprojektowania, nie znaczy, że problem nie istnieje.

Podatek handlowy: O co tak naprawdę toczy się gra?

Na głębszym poziomie ta dyskusja dotyczy czegoś więcej niż jednego podatku. Dotyczy pytania: czy państwo chce regulować rynek według rzeczywistej siły ekonomicznej uczestników, czy tylko według formalnych struktur prawnych? Bo jeżeli prawo konsekwentnie będzie widzieć tylko pojedyncze sklepy, a nie sieci jako organizmy gospodarcze, to zawsze będzie o krok za praktyką biznesową. A ta praktyka jest bardzo kreatywna.

Najbardziej ironiczne w tym wszystkim jest to, że jedyną osobą, która w tym układzie się nie łudzi, jest klient. Dla niego to nie są „setki niezależnych przedsiębiorców”. To jest po prostu ta sama sieć, co zawsze. Może więc warto, żeby prawo - przynajmniej w pewnych obszarach - zaczęło patrzeć na rynek podobnie jak zwykły człowiek, który stoi przy kasie i widzi przed sobą nieskomplikowaną strukturę prawną, tylko jedno logo, jedną markę i jeden system sprzedaży. A skoro to jeden system zarabiania pieniędzy, to pytanie, czy naprawdę powinien być traktowany jak zbiór przypadkowych, niezwiązanych ze sobą sklepów. Bo jeśli odpowiedź brzmi „nie”, to dyskusja o opodatkowaniu sieci franczyzowych dopiero się zaczyna.

***

Notatka o autorce: mgr Monika Mielnik-Kurek, doktorantka w Szkole Doktorskiej Uniwersytetu Opolskiego, specjalizująca się m.in. w prawnych aspektach umowy franczyzy

26. styczeń 2026 09:58